Było już kilka. Wiadomo, pierwsza w dniu zakupu, potem po okolicy, potem na zajęcia, raz nawet po mieście, ale skapitulowałam i wróciłam autobusem. Ale tym razem to była prawdziwa wyprawa. Wypadłam jak burza z moim latającym holendrem z garażu i frrruuuu po Wrocławiu. I wróciłam cała! I co najważniejsze, rower również.
Parę przemyśleń po przejażdżce: 1) rower to nie rzecz, to żywe stworzenie - jak ma zły humor to trzeba obłaskawić, inaczej nie pojedzie 2) mówi! raczej gada, ale może to zła przypadłość. Nie powinien przecież skrzeczeć, chrapać i piszczeć, PRAWDA? 3) wyprostowana pozycja i wygodne siodełko zdrowe dla mojego młodego kręgosłupa! 4) najwięcej czasu tracę na niezsynchronizowanych przejściach dla pieszych i rowerzystów. Ach, ileż to metrów można byłoby już pokonać 5) dziewczyna z burzą loków jadąca na holendrze może powodować liczne westchnienia, spojrzenia, zagapienia i komentarze, strzeżmy się.
Kolejna wyprawa pewnie na zajęcia, w środę. Oby.

Cała fotka: http://img398.imageshack.us/img398/9488/2s6rhuogs9.jpg


